nie jestem idealna...
<< Październik 2014
PonWtŚrCzwPiąSobNie
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031
Księga gości
 
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
20045
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
2021
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
22
Napisalam...
Rok 2014
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Notki
wtorek, 20 październik 2009, 18:12
A wsrod rodziny czas tak szybko plynie...Lapie kazda chwile jakby ostatnia byla i delektuje sie tym jak mnie rozpieszczaja.....Napawam sie troska,uprzejmoscia,pozwalam sobie na nic nie robienie...Dziekuje za podsuniecie podnozka i pije pyszna herbatke zrobiona przez kogos bliskiego...Pochlaniam pyszne ciasta,owoce,napoje...Smakuje pyszne posilki...Wchlaniam cala soba  spokoj rodziny...I mysle,ze bedzie mi trudno bez nich wszystkich tam,kiedy urodzi sie Okruszek...Dam rade,wiem ale o ile latwej byloby miec mame, tesciowa, brata, przyjaciolke przy sobie...Doceniam teraz jakby bardziej to,ze oni wszyscy sa...Doceniam ich troske...I nagle widze jak duzo sily daje rodzina...Widze jak bardzo laczy nas wszystkich ten maly Okruszek...Dziadkowie szaleja,ciocie i wujkowie tez...Nie sadzilam do tej pory,ze ten maly czlowiek,ktory mieszka we mnie moze narobic takiego zametu...:)
środa, 14 październik 2009, 14:49
A w brzuchu...W brzuchu ciasnawo sie robi wiec tratujemy mamusi wnetrznosci.Wyrywa mi sie czasem z piersi jek bolu,zaraz potem wybucham smiechem bo jak widze mine B. przerazona to inaczej nie moge...On  w ogole jakis taki przestraszony...W nocy obudzil mnie bol,lzy naplynely mi do oczu,jeczalam sobie zgieta  w pol..Obudzil sie pan maz,zerwal i pyta co jest...Wystekalam wiec,ze skurcz....Malo sie nie zabil....Jak juz byl ubrany i biegal  w poszukiwaniu nie wiem czego,udalo mi sie wystekac:
- W lydce....
Zdziwiona jestem,ze nie zemdlal aczkolwiek blizej byl tego niz dalej chyba...Ale przynajmniej wiem,ze szybko sie ubiera...Tylko wyjasnic mi nie mogl czego szukal...
poniedziałek, 12 październik 2009, 08:48
Padam na twarz z wycienczenia...psychicznego...Od myslenia bola mnie zwoje mozgowe,od placzu galki oczne. Wzielam chlopa za szmaty ok 4ej rano,kiedy wrocil do domu z wyprawy pracowej. Nie dalam dojsc do slowa  najpierw tylko wysyczalam co mysle o nim ,o jego zachowaniu,naszym malzenstwie i jeszcze wielu innych rzeczach....Zatkalo go.Nie da sie ukryc. Patrzal na mnie jak na jakis dziw natury...Kiedy powiedzial,ze przesadzam zagotowalo sie we mnie,kiedy kolejny raz zaprzeczyl jakoby COS sie dzieje wybuchlam.....Gejzer lez trysnal z moich oczu,wydusilam z siebie to co gryzlo mnie najbardziej...Spytalam czy pije??
Zaprzeczyl...westchnal ciezko,usiadl,ukryl twarz w dloniach i ...w koncu zaczal mowic....A kiedy skonczyl,nie wiedzialam co powiedziec...Poczulam sie urazona,ze nie poinformowal mnie o pewnych rzeczach,nie przyjelam do wiadomosci,ze chcial mnie chronic,ze nie chcial denerwowac....Jestem do cholery jego zona..na dobre i na zle!!Nie omieszkalam mu tego oznajmic...Powiedzialam mu ile zlego wyrzadzil mi i dziecku ,nie mowiac nic,ze moje zamartwianie sie,wymyslanie czarnych scenariuszy,przeplakane noce i dnie,cholerny strach bardziej zaszkodzily niz nas uchronily...Problemy,ktore dreczyly mojego meza,sa do rozwiazania..trzeba usicac,pomyslec,zalatwic. Nie bedzie latwo ale do jasnej ciasnej w dwojke chyba razniej i latwiej??
Odetchnelam z ulga..przeprosilam go tez,ze podejrzewalam ze pije w ukryciu....Ale sam sobie winien.Mam tylko nadzieje,ze to go czegos nauczy,ze zrozumie,ze czasem ochranianie kogos na sile moze przyniesc wiecej szkody niz pozytku....
Ech,ci mezczyzni....
sobota, 10 październik 2009, 08:53

Wiem,ze cos sie dzieje...czuje to i widze. Wiem,ze cos jest nie tak....Pytam ale odpowiedzi sa wymijajace...Ma jakis problem?Mamy jakis problem?Nie chce mnie martwic?Znam go na tyle dobrze,ze wiem ze cos ukrywa....Boje sie tylko,zeby znowu  nie zaczal pic...Uwierzylam mu i chce wierzyc nadal...ale ziarno niepokoju zostalo zasiane.....

piątek, 09 październik 2009, 08:47

Moj maly Okruszek juz jest calkiem spory...Wazy 980 g....Chwila grozy przy podejrzeniu,ze mam zatrucie ciazowe i wielka ulga gdy okazalo sie ze wyniki sa doskonale...Powinnam skakac do nieba ze szczescia...W koncu wszystko jest dobrze,po wielu tygodniach strachu,obaw w koncu jest w porzadku....Owszem jest...ale nie wszystko.Moje malzenstwo nie jest. Moj maz nie jest. Moja naiwnosc nie jest. Moja latwowiernosc nie jest.
Na razie po przeplakanej nocy mam pustke w glowie.....I ciagle spory zapas lez.....

poniedziałek, 05 październik 2009, 09:25

Idac z psem przez sad,patrzalam na czerwone jablka w zielonej trawie,wdychalam zapach jesieni,przytulalam sie do drzewa,rozgladalam sie wkolo,chcialam zatrzymac chwile...Swiergot ptakow,mgle nad laka,pierwsze promienie slonca nad lasem,rzenie koni na pastwisku,zapach poranka...Postanowilam dzis myslec o niczym,nie pytac,nie szukac odpowiedzi...Jesien niesie ze soba jakas melancholie,wspomnienie czegos co bylo...Ja nie chce wspominac...Teraz czekam....Strach? Owszem jest ale jakis taki motywujacy....W czwartek padna odpowiedzi...Czekam....A na razie kawe zaparze...Potrzeba mi jej zapachu...Potrzeba mi pobyc ze soba....W zadumaniu, w zamysleniu....Bo licze na dobre wiadomosci ale chce byc przygotowana na zle...

niedziela, 04 październik 2009, 20:21
Ja sie pytam kto pozwolil na to by czas tak szybko plynal? Wierzyc mi sie nie chce ,ze to juz siedem miesiecy....siedem miesiecy?!!!!!Oznacza to tylko,ze mamy juz blizej niz dalej do spojrzenia w oczy naszemu synkowi...
Na razie umilamy sobie czas patrzac na ...brzuch.Brzuch albowiem ni stad ni zowad stal sie centrum naszego swiata,brzuch absorbuje nasz wolny czas,brzuch nas rozsmiesza i brzuch niepokoi,brzuch zadziwia tez niezmiernie...Brzuch bowiem sie...RUSZA! Brzuch jest z nami w wannie,brzuch jest w aucie i w sklepie i restauracji. I choc przeciez MOJ ci on,ten brzuch to watpliwosci zaczynam miec czy aby na pewno....Niby moj a nie calkiem,bo Okruch zajal go i calkiem dobrze chyba w nim czuje.Niby moj a nawet sie podrapac nie moge bo prawie bez przerwy tkwi na nim reka mojego meza. Niby moj a czuje na nim wzrok ludzi.Nie sadzilam ze brzuch moze tak przyciagac spojrzenia.Zeby jeszcze brzuch plaski,opalony,seksowny czy tanczacy brzuch....Ale nie!Zwykly ciazowy brzuch! A ciekawosc wzbudza jakby ze zlota co najmniej byl....Jakie smieszne to gdy sie przylapie obcego ludzia kiedy w knajpie gapi sie na brzuch..i to nie swoj a moj...Usmiecha sie taki niesmialo i odwraca wzrok...I wszystko to dlatego,ze brzuch sie RUSZA....Rusza sie jakby druzyna pilkarska tam siedziala a nie jeden maly Okruszek..... Pan maz oglada telewizje jednym okiem,bo drugim pilnuje zeby nie przegapic zadnego kopa,sasiadka peka ze smiechu kiedy talerzyk z ciastkiem tanczy na moim brzuchu,a pan w sklepie pyta na widok podskakujacego brzucha kiedy w koncu zobaczy tego lobuza? A ja? Ja ? Ja za kazdym razem kiedy Okrusio daje znac o sobie usmiecham sie.Wszystko jedno co robie i gdzie jestem moja reka wedruje na brzuch,zeby dac synkowi znac,ze jestem,czuje,widze....Niezmiernie zafascynowana,niezmiernie szczesliwa... i niezmiernie oczekujaca kiedy nie szaleje,kiedy nie odzywa sie za dlugo,kiedy nie wstaje jak co dzien o 7ej rano....Kiedy brzuch sie nie rusza wlacza sie niepokoj...I prosze wtedy mojego lokatora o jeden maly znak....A jak juz da ten znak to czasem taki mocny,ze mi sie kolana uginaja...
Nigdy nie sadzilam,ze brzuch moze byc tak wazny,ze brzuch moze dac tyle radosci...Nawet kiedy pisze te slowa,mysle o brzuchu....Bo daje znac o sobie ten maly ktos kto w nim mieszka,i nic to,ze wpycha mi stope pod zebro i siedze jak paralityk...Zaraz przyjdzie z wieczornego spaceru z psem B. usiadzie obok i zanim powie cokolwiek,to najpierw poglaszcze brzuch...A ja usmiechne sie tylko i pokiwam z zaduma glowa...Brzuch w centrum swiata...Jestem dodatkiem do brzucha...I dobrze mi z tym:-)
środa, 30 wrzesień 2009, 09:56
Moj ojciec nie byl dobrym ojcem...Bil i..pil. Pil tak ,ze nawet gdybym komus o tym wtedy powiedziala nikt by nie uwierzyl. Nie pil w knajpach,nie wracal na czworakach do domu,nawet na urodziny do rodziny czy znajomych jechalismy samochodem...Mielismy dobre samochody,pierwsi w bloku antene satelitarna i video,mialam markowe ciuchy-malo bo malo ale markowe.Malo nie dlatego,ze nie bylo pieniedzy,malo bo pan i wladca uwazal,ze jedne spodnie musza mi wystarczyc na 5 lat....Pil w domu,czasem zapraszal kolege,najczesciej sam a potem namawial mame. Z mojej mamy pijak taki,ze po 3 kieliszkach wygladala jakby sama flaszke wypila....Ale nie odmawiala mu,bo panu i wladcy sie nie odmawia. Kiedy wypil zabieral sie za nas...Nagle chcial wiedziec co w szkole,jakie mamy oceny....Uczylismy sie z bratem raczej dobrze ale zdarzalo sie nam przyniesc gorsza ocene...Nie pytal dlaczego dwoja,nie tlumaczyl...Kazal udac sie do swoich pokoi i tam czekac na wykonanie wyroku...Spokojnie dopalal papierosa,zdejmowal z polki pas i wymierzal kare.Najpierw mojemu bratu....Siedzialam w swoim pokoju,zatykalam uszy zeby nie slyszec jego krzykow i placzu i...czekalam na swoja kolej. A ona zawsze nadchodzila...nigdy nie zapominal,nawet jesli w tym momencie zazdwonil telefon,to szedl spokojnie,rozmawial,po czym wracal dokonczyc co zaczal....Najgorsze bylo to czekanie na kare....Ostatni raz zbil mnie kiedy mialam bodajze 14 albo 15 lat....To wetdy zaczelo mi sie wydawac,ze bicie nas sprawia mu przyjemnosc,ze podoba mu sie ze placzemy,blagamy aby przestal...I przestalam ja..przestalam blagac,krzyczec i plakac...To bylo trudne..bardzo...Ale zagryzlam zeby i kiedy mnie bil,nie wydalam z siebie ani jednego dzwieku....Moze bylo slychac tylko odglos pekajacego serca....Pomyslalam,ze on nas nienawidzi,ze nie mamy ojca,ze jestesmy dla niego nikim....Przekonalam brata,ze tez da rade nie plakac,ze musi byc silny...Dal rade. To bylo ostatnie lanie....Ostatnie lanie ale nie ostatni cios....Potem byly slowa....Pan i wladca udowadnial nam na kazdym kroku,ze jestesmy nic nie warci,nic nie potrafimy,ze bez niego jestesmy nikim...Slowa bola tak samo jak uderzenie pasem....Siniaki jednak sie goja a slowa mieszkaja w glowie,w sercu,w duszy....
A jednak choc czulam wtedy w sercu nienawisc ciagle chcialam mu udowodnic,ze sie myli...Kiedy skoczylam szkole,odezwalam sie do niego pierwszy raz od paru lat...Spytalam go czy jest w koncu ze mnie dumny....Uslyszalam tylko : Nooo...
Poddalam sie....Pomyslalam,ze nie warto,albo ze raczej warto ale dla siebie....Nie dla kogos...Nie dla niego...
Dlatego po skonczeniu szkoly,poszlam do pracy,chcialam byc samowystarczalna,jakis czas pozniej wyprowadzilam sie z domu....Zeby nie bylo tak dobrze,na do widzenia uslyszalam,ze nie dam rady sama,ze zarosne brudem,zdechne z glodu i na kolanach wroce do niego....Wrocilam,owszem...ale nie na kolanach,wrocilam bo o to....poprosil...Mama miala operacje stawow biodrowych i potrzebowala pomocy....Dlugo sie zastanawialam czy dobrze robie....Balam sie tego powrotu,odzwyczailam sie od mieszkania z kims...z nim......ale wrocilam. Pomagalam mamie,opiekowalam sie nia a kiedy doszla do siebie,rzucilam sie w wir pracy.Pracowalam po kilkanascie godzin na dobe,zarabialam niezle pieniadze,dorzucalam sie do wydatkow domowych,ale ciagle nie czulam sie jak w domu...Ojciec ze mna nie rozmawial,chyba ze wypil.....Wtedy zaczynal sie interesowac...powtorka z rozrywki,z tym ze nie bil...Mieszkalismy w jednym domu,ale na pewno nie razem....Szukalam milosci poza domem,angazowalam sie w jakies chore,ktrotkotrwale zwiazki,a kiedy w koncu znalazlam jak mi sie wydawalo tego jedynego,to okazalo sie,ze pod moim nosem sypia z moja przyjaciolka....Rozstanie bylo bolesne...nie,nie z powodu tego chlopaka,z powodu mojego ojca...Uslyszalam od niego wiele przykrych slow,sposrod ktorych najlagodniejsze bylo to,ze zostane stara panna i szukam rycerza na bialym koniu,ze zyje marzeniami iz ktos mnie zechce....I ze powinnam wybaczyc J. bo inaczej zostane sama....Zaproponowalam mu,zeby sie z moim bylym ozenil....
Uciekalam z domu..praca,imprezy,praca,praca,praca...Dzieki ojcu bylam pracownikiem roku,dostawalam kase za nadgodziny i wysokie premie,dzieki niemu bylam bywalczynia najlepszych klubow....Ale ciagle bylam sama...A on ciagle powtarzal ,ze sama zostane...ze mam chore wymagania....ze kim ja jestem,zeby tak wybierac,przebierac,szukac....Dla niego ciagle bylam nikim....I wtedy poznalam B.....opowiedzialam mu o wszystkim,o tym ze chyba nie jestem w stanie stworzyc zdrowego zwiazku,bo chyba szukam ojca a nie partnera,bo boje sie ze znowu ktos mnie skrzywdzi.....I wtedy B. opowiedzial mi i swoim ojcu,o swoim dziecinstwie....
Po raz kolejny pomyslalam,ze nie wierze w przypadki...Kiedy sie poznalismy i nasze dlonie sie dotknely przebiegl nas prad,przegadalismy cala noc i caly kolejny dzien. Opowiedzielismy sobie chyba wszystko co nas gryzlo,wyrzucalismy z siebie potoki slow...w koncu czulam,ze ktos mnie rozumie....Wtedy jeszcze myslalam,ze bylo milo ale nic z tego nie bedzie...Pol roku pozniej bralismy slub...To wtedy moj ojciec podszedl do mnie,objal i rozmawial...Nie wiem o czym...chyba o weselu,o gosciach,o naszych planach....Lapalam te chwile bo myslalam,ze snie...Pierwszy raz ROZMAWIALAM z moim ojcem...Bez klotni,obrazliwych slow,bez podniesionego glosu,nie zaciskajac piesci.....Do niego chyba wtedy dotarlo,ze nie jestem malym dzieckiem,ze jednak daje sobie rade,ze bede zyc bez niego....Jako nastolatka obiecalam sobie,ze nigdy mu nie wybacze....Zeby to bylo takie proste....Tak naprawde to nie wiem czy mu wybaczylam....Pamietam te wszystkie zle chwile,szukam w pamieci dobrych....malo ich,prawie wcale....Ale czy warto nosic w sobie gniew?Czy warto szukac zemsty?Dawno temu powiedzial mi straszne slowa...Powiedzial,ze kiedy bedzie lezal na lozu smierci to poprosi mnie o pomoc....Nadzieja w moim sercu zgasla tak szybko jak sie pojawila,kiedy dodal,ze poprosi abym mu zyly podciela,zeby sie nie meczyl...Nic innego ode mnie nie chce....Pamietam,ze przeplakalam wtedy cala noc,pytajac siebie DLACZEGO????Nigdy nie znalazlam na to pytanie odpowiedzi...
Nie szukalam zemsty,nie szukalam tez juz nigdy pochwal,poparcia czy milosci..Tak mi sie przynajmniej wydawalo....Bo tak naprawde ciagle szukam..nie,nie zemsty,szukam ciepla,troski,uczucia....Mam ponad 30 lat,pod sercem nosze malego Okruszka,mam wspanialego meza a ciagle kiedy dzwonie do domu i rozmawiam z ojcem,tak zwyczajnie,tak normalnie to nie moge w to uwierzyc.Kiedy on dzwoni do nas pytajac o rade,czy po prostu ot,tak zapytac co u nas to ciesze sie jak male dziecko.Ciagle szukam akceptacji i kiedy tata pyta czy pomoge wybrac mu laptopa to ...dostaje ja. Tak,docenil moja wiedze,nie poprosil sasiada,kolegi...poprosil mnie....Jednak jestem kims?Tak,odczuwam satysfakcje,dzika satysfakcje i potrzebe popisania sie wiedza....I czy ta satysfakcja to jednak nie jakas forma zemsty?Calkowicie przypadkowa,nie celowa ale jednak?
wtorek, 29 wrzesień 2009, 10:45
Moj ojciec tak naprawde nie byl dobrym ojcem...Czasem sie zastanawiam czy w ogole nim byl....Sial strach,lek,obawe przed powrotem do domu.Nigdy nie bylo wiadomo,co tym razem mu sie nie spodoba,co tym razem wymysli,jaka kare zafunduje.Bil nas. Ja dostawalam podwojnie bo jako starsza siostra powinnam byla pilnowac brata i jesli on cos nabroil albo sie tacie uroilo,ze nabroil to byla moja wina....Nie pamietam,zebym kiedys siedziala mu na kolanach,nie pamietam zeby powiedziala ''tatusiu'',nie pamietam slow ''kocham cie''...Pamietam za to bol,strach...Pamietam zazdrosc kiedy patrzalam na znajomych jak bawili sie ze swoimi tatusiami,jak jezdzili razem pod namioty,jak ojcowie tlumaczyli im swiat....Moj nie tlumaczyl,moj bil....Nigdy nie krzyczal,mowil takim strasznym tonem,ktory wbijal czlowieka w ziemie.....Podobno mam to po nim....B. czesto mowi do mnie: blagam uderz,krzyknij...zrob cokolwiek tylko nie mow do mnie tym tonem ...Pamietam,ze nie rozmawialismy lata cale,bo kiedys powiedzial,ze jesli cos mi sie nie podoba to mam sie nie odzywac...Nie podobalo mi sie...Jakies 6 czy 7 lat....Wiele rzeczy w moim rodzinnym domu mi sie nie podobalo....Pierwsza w miare normalna rozmowe z moim ojcem przeprowadzilam w dniu mojego slubu....Nie byla dluga,ale byla taka...no wlasnie zwyczajna...I dopiero wtedy tak naprawde poczulam jak cholernie mi tej zwyczajnosci brakowalo....
Dalej mi brakuje...Jestem dorosla,mam wlasna rodzine,za chwile sama zaczne wychowywac dziecko ale ciagle odczuwam pustke,odczuwam brak ojca....I tak sobie mysle,jaki wlasciwie powinien byc ten ojciec?No wlasnie.....moze przede wszystkim powienien BYC?
Rozmawiamy z B. o tym jakim chcialby byc ojcem..Mowi tylko jedno: INNYM,innym niz moj i jego ojciec. Tata B. wychowywal go dwa razy do roku gdy przyjedzal na chwile z delegacji,trwajacej 20 lat....Czy to przypadek,ze trafilismy na siebie takie dwie polsierotki?Czy moze po prostu byc ojcem jest trudniej niz byc mama...?
piątek, 25 wrzesień 2009, 10:55

Mam go tak blisko,ze blizej byc nie moze...Nosze pod sercem,jestesmy zawsze i wszedzie razem....I zatesknilam?Z zamyslenia porannego wyrwalo mnie uczucie tesknoty tak potezne,ze az zabolalo...Poczulam nagle tak bardzo,ze chce go zobaczyc,ze chce go wziac w ramiona,ze chce spojrzec w jego oczy...Czy mozna tesknic za swoim nienarodzonym dzieckiem?
A potem pomyslalam,ze jeszcze nadejda te dni ,kiedy niczego bardziej nie bede chciala jak tego by wrocil skad wyszedl...:-)

czwartek, 24 wrzesień 2009, 07:28

Brakowalo mi moich porankow,moich malych rytualow...Niby nic,a dla mnie wazne.
Lubie wczesnie wstawac,kiedy na powiekach jeszcze resztki snu,a za oknem noc przekazuje wladze porankowi....Cisza,spokoj.....
Jeszcze troche po omacku ide do kuchni,wlaczam ekspres do kawy,radio,otwieram szeroko okno zeby wpuscic rzeskie,swieze powietrze,zapalam lampke...Zaparzona kawa pachnie...obietnica dnia...pachnie i pobudza zmysly,pobudza krew....Lubie stac z filizanka w dloni przy oknie,lubie przysiac na parapecie,patrze jak dzien wygrywa z noca,jak budza sie kolory,slucham ptakow....Jesli mam szczescie pod oknami przemknie wiewiorka,czasem rzucam jej migdala...Za chwile znajomy juz sasiad,bedzie szedl z konmi na pastwisko....A wsrod tych koni ten bialy...Ten co zyczenia spelnia...Pan kiwnie glowa,ja sie usmiechne....Za chwile bedzie glosniej,przyjedzie autobus po dzieci,ludzie wychodza do pracy,rozmawiaja,pozdrawiaja sie,odpalaja samochody...Z sypialni dobiega dzwiek budzika,powoli budzi sie moj maz.Zaparze kawe dla niego,zabiore filizanki na balkon i usiadziemy jak prawie co dzien,zeby zlapac te pare chwil dla siebie....Kolejny nowy dzien przed nami....



A to ten kon,ten bialy,co zyczenia spelnia....Milego dnia:-)
niedziela, 20 wrzesień 2009, 11:44
Potrzebowalam radykalnego ciecia,zmiany,czegos nowego....Wahalam sie,nie ukrywam,nawet nieco balam...Podjelam jednak meska decyzje!Na twarzach co niektorych zobaczylam niedowierzanie,usmieszki wiele mowiace,ze nie ja,ze sie nie zdecyduje,ze zapieralam sie tyle czasu to co nagle sie stalo,ze chce zmienic zdanie??Podobno tylko krowa nie zmienia pogladow....A co sie stalo?Tak naprawde nie wiem,po prostu obudzilam sie i postanowilam,ze chce,zadam,potrzebuje zmiany...Jakby sie kurde jeszcze malo zmienialo w moim zyciu....Do wieczora chodzilam taka jakas nabuzowana,patrzalam w lustro i widzialam zmeczona,niezadowolona ze swojego wygladu kobiete,a chcialam zobaczyc siebie..Najlepiej taka sprzed paru lat,troche szalona,troche dzika ale jednak poukladana....W koncu krotko po 22-ej nie wytrzymalam.....Domownicy wstrzymali oddech,kiedy powiedzialam TERAZ ALBO NIGDY! Zaczynaj wascini dopokim mila....TNIJ!!!!
I teraz patrze na siebie....najpierw byl lekki szok,potem niedowierzanie a potem szeroki usmiech...Tak,to ja! Pierwszy raz od lat z krotka,szalona,lekko asymetryczna fryzura...Taka co to niby na pierwszy rzut oka ani uczesana ani rozczochrana,ani poukladana a jednak kazdy wlos ma swoje miejsce i nawet jesli ktorys postanowi ulozyc sie inaczej to tez bedzie dobrze,tez bedzie tak jak ma byc....Tego chcialam,tego potrzebowalam...Z kazdym obcinanym pasmem czulam jak opada stres,zmeczenie,rozdraznienie....Wyprostowalam plecy,wyszczerzylam zeby w usmiechu....I poczulam,ze moge wszystko,ze ta lekka glowa to lekki krok i lekkie mysli...Poczulam powiew nowosci i swiezosci....A maz patrzy na mnie tak jak przed ponad szesciu laty,kiedy mnie poznal...Widze zadowolenie na jego twarzy i jakis taki blysk....I to tylko dlatego,ze ja poczulam sie lepiej....Jak niewiele czasem czlowiekowi do szczescia potrzeba...:-)
piątek, 18 wrzesień 2009, 08:15
Pusty dom,pusty pokoj goscinny..zmieniona posciel,wytarte kurze,umyta podloga....Slady wizyty zniknely....Zeby tylko ten glos w glowie dal spokoj...Juz w momencie gdy zegnalam sie na dworcu w glowie huczalo,buczalo i wylo...
Wracalam do domu jak ostatnia kretynka dlawiac sie wlasnymi lzami..Ledwo widzialam gdzie jade...Zatrzymalam sie na parkingu i jak w kiepskim filmie..Walilam rekami w kierownice i plakalam....Nie z tesknoty i nawet nie z ulgi....Plakalam bo chyba z lzami wyplywala zlosc,zal i smutek....A wyrzuty sumienia raz po raz szatansko chichotaly w moim wnetrzu....Mam czego chcialam ...to dlaczego do cholery sie nie ciesze??????
I tak sie tylko zastanawiam czy ona tez odetchnela z ulga wsiadajac do autobusu?
czwartek, 17 wrzesień 2009, 10:44

Obiecalam sobie kiedys,ze jesli bede w ciazy to nie bede swiata zanudzac. Nie bede opowiadac kazdej napotkanej osobie co mnie boli a co szczypie a co kluje. Nie bede rozpoczynac kazdej rozmowy od opowiesci ciezarowkowych. Nie bede sie chwalic,ze o wlasnie sie malenstwo rusza,nie bede narzekac zem niewyspana bo pozycje wygodna ciezko znalezc.Dlaczego? Ano dlatego ,ze mialam ci ja znajome. I sie zdarzalo,ze te znajome zaciazaly i...rozum im chyba odbieralo co niektorym. Koniec rozmow o wszystkim.Ich wszystko zamknelo sie w slowie ciaza. Lubie wysluchac,lubie sie cieszyc czyims szczesciem ale bez przesady. Rekord pobila taka jedna co to kolezanka moja najlepsza chciala byc,przyjaciolka wrecz.Wiedziala ta ona,ze staramy sie z B. o dziecko i jakos nie wychodzi. A jej sie to szczescie przytrafilo. I od tego pieknego dnia gdy dowiedziala sie,ze nosi w sobie nowe zycie ja mialam przesrane. Kazdy dzien zaczynala od telefonu do mnie azeby uszczesliwic mnie informacja,ze sie zrzygala,albo bedzie rzygac( jak sie do cholery pisze RZYGAC??) ,ze nie jadla bo ja mdli,ze jadla choc ja mdli,ze ma smak na ogorka,ze nie ma smaku na nic,ze sika co chwila,ze nie sika w nocy,ze ja boli brzuch,ze juz jej przeszly bole,ze ma migreny,ze paracetamol pomaga na migreny.....Wraz z rozwojem ciazy informacje stawaly sie czestsze i dokladniejsze. Poranna kawa obfitowala w wiesci z frontu ciazowego. Znalam termin kazdej wizyty,jej przebieg. Wiedzialam o wynikach badan,o przyjmowanych lekarstwach. Znalam plany wygladu pokoiku dla dziecia. Ogladalam ruszajacy sie brzuch,wysluchiwalam skarg na meza nieintersujacego sie stanem zony...W ktoryms momencie przestalam mu sie dziwic,ze nie slucha. Staralam sie czasem poruszyc jakis inny temat,ale koniec koncow przewaznie schodzilo na ciaze,wychowanie,opieke,porody,szpitale,ubranka....Na poczatku cieszylam sie jej szczesciem....Ale w ktoryms momencie mialam dosc. Kolezanka stala sie tak monotematyczna i tak zapatrzona w siebie,ze przestala zauwazac ,ze tak dokladnymi opisami jej stanu sprawa mi bol....Chcialam sie cieszyc,ale nie moglam....Kula w gardle rosla bo bylam przekonana,ze ja nigdy nie doswiadcze tego stanu. Wlaczyla mi sie chyba zwykla zazdrosc....Bolalo,ze ona ,ktora chciala byc przyjaciolka,nie potrafila choc na chwile postawic sie w mojej sytuacji....Ze nie domyslila sie jak zle sie czuje sluchajac w kolko o jej dziecku. I wtedy wlasnie obiecalam sobie,ze ja taka nie bede.Widocznie nadzieja na posiadanie dziecka nie zgasla we mnie zupelnie,skoro zlozylam sobie taka obietnice. Powiedzialam sobie,ze jesli bede w ciazy,to JA w niej bede. Ja i B. Nie caly swiat. Choc nie ukrywam,ze gdy dowiedzialam sie ,ze jestem w ciazy,ze stal sie cud to chcialam krzyczec na caly glos...Zeby wszyscy wiedzieli,jak bardzo jestem szczesliwa...I wiedza. Ci ktorzy maja wiedziec. Mam wrazenie,ze slowa danego sobie dotrzymalam. Nie drecze otoczenia,staram sie byc soba. Nie kobieta w ciazy. Owszem,znajomi,przyjaciele,rodzina interesuja sie,pytaja. Dzwonia czasem tylko po to by spytac jak sie czujemy? Odpowiadam,zazwyczaj krotko,ze dziekuje,ze dobrze. Jesli pojawiaja sie problemy to wiedza o nich najblizsi,czyli rodzice i rodzenstwo...i ten blog. Najczesciej rozmowy ciazowe zaczynaja inne kobiety,patrzac na mnie wspominaja swoje ciaze,porody,poczatki macierzynstwa.Choc zdarza sie,ze zaczynaja tez tatusiowie,ale to rzadziej...Chyba ze w rozmowach z B. czesciej....I wtedy kiedy ktos zaczyna mowie i ja. Opowiadam jak sie czuje,jak bardzo bryka synus w brzuszku,jak sie martwie,jak ciesze,jak przezywam,jak czekam....
To nie zawracanie glowy innym ludziom moim stanem,jest chyba widoczne,bo wczoraj zapytala sie mnie kolezanka wprost,czy cos jest nie tak?Czy ja sie nie ciesze? Bo nic nie mowie o ciazy....Kiedy powiedzialam jej w czym rzecz,rozesmiala sie i.....podziekowala. W rewanzu wyznala mi,ze jej maz jest bezplodny i widok kobiety z brzuchem sprawia jej wrecz fizyczny bol....Jak dobrze wiedzialam,o czym mowi....Pogratulowalam sobie wstrzemiezliwosci w gadaniu,nie chcialabym zeby musiala czuc sie tak jak ja kiedys.Tym bardziej,ze czesto sie spotykamy i moje wieczne trucie raniloby ja bezustannie....
Nie wiem i nie wnikam czy moje zachowanie jest normalne. Kazdy kto choc troche mnie zna,wie jakim szczesciem jest dla mnie,dla nas Okruszek,nie musze o tym krzyczec,mysle ze to widac....Kazdy kto naprawde jest zainteresowany moim samopoczuciem zapyta po prostu,a ci ktorzy mnie znaja nawet pytac nie musza....
Ciagle mam swoje zainteresowania,ciagle interesuja mnie inni ludzie,ich troski i radosci,ciagle mam o czym rozmawiac z innymi. Mam gleboka nadzieje,ze kiedy Okrusio pojawi sie na swiecie ten stan sie nie zmieni i nie stane sie gdaczaca tylko o jednym kwoka.... Macierzynstwo na pewno zmienia kobiete ale nie chcialabym stac sie monotematyczna....a jesli tak sie stanie to niech mnie ktos trzepnie....Oprocz tego,ze jestem ( bo chyba juz jestem?Czy nie?) mama,to jestem tez zona,corka,siostra,przyjaciolka,kolezanka...jestem czlowiekiem,jestem soba. I soba chcialabym pozostac....

środa, 16 wrzesień 2009, 10:17
Mama jutro jedzie...chciala jeszcze zostac...naklamalam troche...mam wyrzuty sumienia ale nie dam rady.....Nie wytrzymam dluzej...Dusze sie...Potrzebuje zostac sama,potrzebuje siebie,potrzebuje mojej normalnosci...Potrzebuje mojego dnia codziennego....Potrzebuje poplakac....
Chce mi sie wrzeszczec.....Narasta we mnie krzyk,dlawi w gardle,dusi,szczypie w oczach....
Nigdy juz nie bedzie jak kiedys....Kiedys zamknelo drzwi i poszlo w dal...Kiedys bylo.....

Jestem tak cholernie zmeczona......
piątek, 11 wrzesień 2009, 11:35
No i chcac nie chcac trzeba pomyslec o tym co bedzie...A byc moze roznie. W najgorszym przypadku trafie do kliniki we Frankfurcie nad Nilem ( jak mawia znajoma) ,ktora w jakis sposob specjalizuje sie w odbiorze,utrzymaniu przy zyciu i zdrowiu dzieci urodzonych przed 32 tc...
Tak...wczoraj podlaczyli mnie pod KTG...tak,mam skurcze,tak szyjka jest miekka i nieco jeszcze skrocona. Nie,nie kwalifikuje sie do zalozenia szwu czy krazka...Uwaga,uwaga to nie sa skurcze probne!!Wszyscy na miejsca!Oglaszamy alarm!!
I jakby ktos pytal....nie placze...Nawet sie nie martwie...Bo ja WIEM,ze dotrwamy...Nie ma innego wyjscia!!!A dlaczego?A dlatego,ze wczoraj pani doktor moja ukochana,najwspanialsza wyznala nam cos,co nami wstrzasnelo....Ale jednoczesnie dodalo sil....Powiedziala nam,ze kiedy w czerwcu trafilam do szpitala,to ona nie sadzila,ze ta ciaza sie utrzyma...nie wierzyla w to.....I CO???Skoro wtedy nas przekreslono a dalej trwamy to teraz tez damy rade!!!
Jestem jej wdzieczna,ze nie powiedziala nam tego wtedy...Zalamalabym sie...Poddala....A teraz?Teraz mam sile....
Dostaje uderzeniowa dawke magnezu,mam odpoczywac...nie moge nosic,nie moge nawet odkurzac,nie moge z psem na smyczy chadzac,nie moge sie sexic,nie moge nawet masowac brzuszka...Ale za to moge lezec,moge czlapac powoli,moge nawet jezdzic autem....Moge prasowac-byle na siedzaco.W sumie wiele moge-tylko z glowa...Wypytalam drobiazgowo pania doktor o to co mi wolno a czego nie i wychodzi na to,ze jak sie mysli i sie czlowiek szanuje to nawet nic nie robiac mozna wiele:-)
Jako,ze jednak mam zamiar nieco wiecej lezec a mniej biegac tu i owdzie,to zaszalalam w ksiegarni internetowej,zeby nie zdechnac z nudow....Czekam z niecierpliwoscia na przesylke...Kupilam nawet bajki...Bedziemy sobie z Okrusiem czytac na glos...to znaczy ja jemu bede czytac a on bedzie sluchal..mam nadzieje:-)Wroce sobie do Andersena,braci Grimm,pana Brzechwy,do Bazyliszkow i Zlotych Kaczek..czy Gesi? Do ptactwa jakiegos na pewno....Mam nadzieje,ze mojemu synkowi pol kilowemu (TAK!!!520 g zywej wagi) beda odpowiadac te basnie,bajki i opowiastki....Mnie na pewno;-)


czwartek, 10 wrzesień 2009, 06:22
Kiedy zegar na wiezy koscielnej wybil 4:30 powiedzialam -dosc!! Lezalam tak juz z szeroko otwartymi oczami ponad godzine...Sen odszedl juz dawno,nie umial sobie ze mna poradzic,a jasnosc i trzezwosc umyslu opanowala me cialo. Jeszcze probowalam zamknac oczy,wtulilam sie w poduszke ale niestety....
Klasyczny napad bezsennosci....Ostatnio zdarza mi sie coraz czesciej...Bez jakiegos specjalnego powodu...Nie sypiam w dzien,spac ide kiedy juz naprawde padam ze zmeczenia,zasypiam kiedy tylko przyloze glowe do poduszki....4 godziny pozniej przegrywam....Leze,wpatruje sie w ciemnosc ,slucham oddechu B.,slucham odglosow nocy  a wlasciwie zblizajacego sie dnia....Mysli wiruja w glowie,nie jakies specjalne,takie zwykle mysli..O tym co bylo,o tym co jest,o tym co bedzie...
Takie moje wczesne,bardzo wczesne poranne rytualy odprawiam wiec...Zamiast kawy popijam kakao,pieke buleczki,slucham wiadomosci i....robie nic. Siedze na sofie,z nogami zwinietymi pod soba, w dloniach pomaranczowy kubek i po prostu jestem...Jestem ze soba,jestem dla siebie...Zbyt obudzona by spac,zbyt leniwa,tym lenistwem porannym,by zaczac robic cos konkretnego...Moze tylko tyle ,ze zmywarke wlacze i tak mi mruczy porannie,tak leniwie,ze zachciewa mi sie kota na kolanach,zeby pomruczal tak bardziej ''zywo''....
Okruszek wstaje razem ze mna,po pierwszych dwoch lykach kakao zaczyna sie poranny koncert na stukanie i pukanie,mamusi znakow dawanie....Szepczemy sobie,konczynami wystukujac rytm....On jedno pukniecie,ja dwa...On dwa, ja jedno....I cichutko go pytam czy sie wyspal,i cichutko sie pytam czy kakako smakuje,i cichutko go kocham tak rano....Jak obiecalam ,proszac go by sie pchal sie na swiat ,tak robie....Nuce cichutko glaszczac sie bo brzuchu,wierszyki wyszeptuje,glupotki opowiadam....Juz minal ten wstyd,juz mnie nie obchodzi czy ktos bedzie widzial,czy ktos uslyszy....Obchodzi mnie kontakt z synkiem....Te chwile takie nasze....Jeszcze sie nie zastanawiam jak to bedzie,jeszcze nie mysle,jeszcze nie planuje....ale wiem,ze ten moment nadejdzie wiem ,ze wtedy bezsenne noce o niczym zamienia sie w bezsenne noce o przyszlosci....wiem....Ale na razie jestem tu i teraz,na razie usiade,poloze reke na brzuchu i zamysle sie o dzisiaj....
wtorek, 08 wrzesień 2009, 12:51
Kobieta w ciazy piekna jest i basta.Tak mowia madre gazety i ksiazki i poradniki i artykuly i wszyscy w ogole tak mowia a co mysla to juz inksza inkszosc. Nie bede sie rozwodzic nad moja,zapewne,przecudna ciazowa uroda bo skoro tak wszyscy mowia to co ja biedna ?No co ja?....Nie bede bo....bo nie czuje sie piekna,nie czuje sie zgrabna,nie czuje sie ladna.Na moim tylku mozna rozegrac mecz pilki noznej,uda staly sie bezkresna przestrzenia,ktora obsiadly galaretowate twory, moja talia zniknela,moje stopy spuchnely i chyba zwiekszyly swoj rozmiar i wogole....ble!
A teraz zeby bylo smieszniej powiem: HA!Klamalam! Jestem cudna,jestem wspaniala,jestem seksowna,mam wrazliwe piersi i inne okoliczne punkty,mam okraglutki,zgrabniutki brzuszek i mam meza,ktory mi to uzmyslowil....Moze w podziece ze te wyryczane pelna piersia( PELNA ha!) ''jestes taki sexyyyyyy!!!''...A moze po prostu naprawde tak uwaza.
Wczoraj nastapil przelom,taki malusi,dla swiata nic nie znaczacy a dla mnie Giewont. A stalo sie to za sprawa mojego meza,ktory nagle poprosil mnie,zebym usiadla mu na kolanach( OSZALAL!!!),niesmialo,z calym wdziekiem na jaki mnie bylo stac,delikatnie jak motylek( BUHAHA) usiadlam....Dzielny moj,kochany nawet nie jeknal....Objal mnie,przytulil i wymruczal w moj kark...:
- Tesknie za toba....za twoim cialem....
Wstrzasnelo mna to wyznanie...No bo jak to???No jak to??
Chyba mi sie wyrwalo na glos to pytanie, a on zdziwiony powiedzial:
- No jak,jak to? Jestes taka sliczna,seksowna,podniecasz mnie niesamowicie...jak zawsze...
Ale, ze JA??No jak to???JA???To dlaczego nie pamietam kiedy ostatni raz sie kochalismy?? Dobra,byl okres czasu kiedy mielismy zakaz ale teraz od dluzszego czasu nie mamy,a sexu jak na na lekarstwo...Eee tam..lekarstwo...zero,null,nic...
I tak niesmialo sie zaleglo,zakielkowalo,ze moze On nie moze ze mna?Ze moze ja sie Jemu nie podobam,ze moze On nie moze patrzec na mnie?To dlaczego tak teraz,nagle wyskakuje,ze podniecam,ze sliczna,ze JA??
Bo podobno jak sie dowiedzialam,bo spytalam, sie chowam przed nim,zawijam w te koszule nocne i inne pidzamy i koldry i zasypiam tak szybko,i moze on mi sie nie podoba juz a w ogole to on sie boi,ze zrobimy malenstwu krzywde,albo ze moze mnie bedzie bolec?I czy mnie bedzie bolec jakby on tak tego....
Nie bolalo:-)
Malenstwo skarg nie wnioslo:-)
A mnie wzrosla samoocena
Po raz kolejny przekonalismy sie,ze trzeba rozmawiac.O wszystkim,nawet wielkim tylku,ktory podobno wcale nie wielki,nawet o cellulicie,ktory przeciez jest do zwalczenia,nawet o spuchnietych stopach,ktore regularnie masowane przez meza sa cudownie gladkie...Kurde,fajny ten moj maz i ja tez jestem fajna...fajna ciezarowa. Ciezarowa,zadbana,pachnaca,dopieszczona slownie i doslownie. Ciezarowa kochana i na kolanach trzymana...noszenia na rekach oszczedze memu mezowi....Ale tak sobie mysle,ze gdybym sobie zazyczyla to pewnie by i nosil...Tylko po co mi chlop z popsutymi plecami?:-)
poniedziałek, 07 wrzesień 2009, 10:55
Nazwozil mi kolega z Polski czytadel.I tak sobie leze i czytam rozne madre i mniej madre gazety. Posrod plikow Wprost,Newsweeka,Polityki moje kobiece oko wypatrzylo cos dla prawdziwych kobiet....Cosmopolitan..Asasasassaa...Odsapne od polityki,poczytam o kobiecych sprawach....Zaparzylam herbatke,owinelam sie kocykiem,wygodnie ulozylam i jazda....Na poczatek rzucil mi sie w oczy tytul :''3 slowa,ktora sprawia,ze cie nie zdradzi''...Jesli tylko dlatego,ze cos mowie ON ma nie zdradzac to warto przeczytac.Pewnie rzecz o hipnozie...A jednak nie,okazuje sie,ze wystarczy chlopu powiedziec : JESTES TAKI SEXY! i...do konca swiata jest nasz.Nawet nie spojrzy na inna kobiete...Dowiedzialam sie ze od lat,meska samoocena bazuje na tym ze jest on doskonalym kochankiem i zywicielem rodziny i ze sprawdza sie w tej roli...I  mowiac mu te trzy slowa sprawiamy,ze inna kobieta mowiac mu to samo jest juz tylko marnym plagiatem,kij z tym ze powie mu to Claudia albo inna Cindy...Tak wiec,zachecona artykulikiem,poczekalam na chlopa mego,kiedy strudzony wroci po pracy i kiedy tylko wszedl,wrzasnelam do niego:
- Jestes taki sexy!!!!
Wylazlam z kuchni,spojrzalam na jego zmordowane oblicze,rece umazane smarem ,spodnie z blota i...zwatpilam....Chyba to zwatpienie odbilo sie mym obliczu,bo z leksza zszokowany wydusil z siebie:
- No co? Markowi sie auto zepsulo...pomagalem....A ty?..To sie dobrze czujesz??
No ba!Doskonale! Wykrzykujac te trzy slowa sprawilam,ze chlopina moj na wieki a inne baby to se moga tylko popatrzec!I co najlepsze..On nawet nie wie ,ze go uziemilam....Wierny bedzie jak ten pies i pewnie sie bedzie zastanawial dlaczego??Ot,magia slowa....

PS.Nie,zeby do tej pory nie byl wierny....ale przezorny zawsze ubezpieczony;-)

czwartek, 03 wrzesień 2009, 18:03
Aaaaaaa!!!!Jak rany - to juz szosty miesiac!!Kiedy ach kiedy uplynal ten czas?Nagle do jasnej ciasnej mam blizej niz dalej do ujrzenia mego lokatora!!
A lokator niestety pcha sie na swiat...albo mu niewygodnie,albo za ciasno,albo po prostu do ramion matczyno-tatczynych mu spieszno,bo nie dosc ze skurcze zaliczylam nocne to szyjka sie skracac zaczela znowu.I uziemiona zostalam ponownie przez el dohtore. Znaczy,oddychac moge,chodzic moge ale dzwigac jeno szklanke do polowy wypelniona. Najwiekszym szokiem dla mnie samej bylo to,ze nie zdenerwowalam sie kiedy ze snu wyrwal mnie skurcz a Bartka wyrwala ze snu soczysta kurwa ,ktora byla wyleciala z mych ust,gdy zgieta w pol siedzialam na lozku. Posluchalam siebie samej,Okrusio spal chyba bo znaku nie dawal.Zeby sprawdzic czy jest tam jeszcze,polozylam sie na brzuchu.Oooo,zaraz dal znaka,sygnala ze ''matka daj ty spokoj i jak czlowiek sie uloz, bo ja tu sie bujam na pepowinie,niczym Tarzan prawie a ty mnie glowe miazdzysz!!''. Odetchnawszy z ulga,zamknelam oczy i szybko je otwarlam bo kolejny skurcz niczym uderzenie batem pojawil sie w mych wnetrznosciach. Kiedy po kolejnych kilku minutach pojawil sie ponownie,postanowilam wstac,napic sie meliski i poczekac co bedzie dalej.Meza wyslalam spac.Chyba jakis dodatkowy zmysl podpowiadal mi,ze nie jest zle,bo bylam spokojna. Po jakims czasie wszystko sie uspokoilo,ale spac to mi sie juz nie chcialo,wiec czytalam sobie ksiazke.Rano jednak pojechalismy do lekarza,sprawdzic czy wszystko z Okruchem w porzadku. Dzidzia pomachala nam lapka,wypiela dupke na starych i ssajac kciuk poszla spac. Niestety okazalo sie,ze szyjka moja szykuje sie do porodu!!Szkoda tylko,ze ja jeszcze nie gotowa...Pan doktor uspokoil mnie,ze nawet gdyby COS to mieszkam w cywilizowanym kraju i 85% dzieci urodzonych po 23 tc. przezywa. Niby mnie uspokoil ale jakos wole sobie urodzic synka naszego  w terminie.
Na coz mu takie ladne,cieplusie wdzianko na styczen kupilam zeby on mnie teraz numery wywijal i w upalny wrzesniowy dzionek ze mnie wyskakiwal?Nie mam ubranek na teraz...Mam na zime. Mowy nie ma!!Dupe zaciskam,znaczy ten tego...eeee w cudzyslowie dupe,nie bede robic prawie nic,a za dwa tygodnie jak pojde do kontroli to wszystko bedzie w porzadku.Musi byc.Nie moze byc inaczej...

Okrusiu siedz w inkubatorku maminym,cieplusim,przytulnym.Ja Ci zaraz czekoladke dobra zapodam,soczkiem popije i moze posluchamy jakies spokojnej muzyczki co?Wez sie nie wyglupiaj i nie pchaj jeszcze bo meble do odbioru dopiero za jakis miesiac albo dwa,sciany nie pomalowane w Twoim pokoju,siedzonka do auta nie mamy,na szpital sie kurde nawet jeszcze nie zdecydowalam...Poczekaj,prosze Cie bardzo moj malutki synku.Czekamy na Ciebie z niecierpliwoscia ale naprawde..wytrzymamy do stycznia i my i Ty...prawda??Nawet moge Ci nucic i czytac do brzucha jak chcesz...Tylko czekaj,czekaj na Twoj i nasz czas...On naprawde jeszcze nie nadszedl......
Z pokladu ciezarowki cd. środa, 02 wrzesień 2009, 20:31
Okruch trenuje najwyrazniej wyskok z kopem z polobrotu.Trafia albo w pecherz albo w zoladek.W zwiazku z tym zrywam sie nagle i lece sikac bojac sie,ze nie dobiegne,po czym okazuje sie,ze nie chce mi sie siku ...Jak trafi  w zoladek to sie zginam w pol i dziekuje,ze mam go( zoladka) dosc wysoko w zwiazku z czym niewiele jem bo jakbym jadla wiecej to bym to ''wiecej'' z podlogi zbierala. No,wlasnie ..jem mniej bo mi sie nie miesci a waze coraz wiecej....staje przed lustrem i tak mi w glowie sie wlacza piesn narodowa...''Tam na polu stoi krowa,wielka beka,pelna mleka....''Mleko tez sie pomalu pojawia ,wiec piesn jak najbardziej apropo.Tak,odkrylam na staniku plamy mleczne.Jak nic -krowa. Krowa z wielkim zadem. I z brzuchem.Brzucha lubie,zad-nie bardzo.Do brzucha rozmawiam.Najpierw rozgladam sie cichaczem,czy nikt nie widzi,potem klade reke na brzuchu,pukam niesmialo do synka i tak sobie rozmawiamy....Ja mu opowiadam,ze nie bede spiewac ani czytac bajek,bo mi glupio a on mi z kopa.To oswiadczam wobec tego,ze jak tata przyjdzie to mu opowie jakas historyjke a synus na to mamusi z lokcia. A potem jest mi wesolo bo Okruszek ma czkawke.I tak sobie podskakuje we mnie,laskoczac mnie po watrobie i okolicach,brzuch wyglada jak by mieszkal w nim osmy pasazer Nostromo a ja z bananem na twarzy mowie: i co?I bylo mamunie kopac?
Okruszek wie tez co lubi a czego nie. Nie lubi spac na brzuchu na ten przyklad...kopie jak wsciekly....a szkoda,bo ja tak lubie na brzuszku zasypiac...Wobec tego,spimy w pozycji tzw.bezpiecznej. Lubi tez tanczyc ze mna i miotla i odkurzaczem.Wtedy czuje jak sie mosci wygodnie i zapada w sen....Nie lubi na pewno jak dre ryja...Wtedy podskakuje nerwowo,wiec staram sie nie drzec...
Wieczory naleza do moich chlopakow.Ja ukladam sie wygodnie,wyciagam kopytka,pan maz masuje,smaruje,gladzi  a synus systemem uderzen,pukniec,kopniec,wypiec opowiada mu jak spedzil dzien z mama....Tajemna nic meskiego porozumienia zostala chyba nawiazana...Wzrusza mnie do lez moj maz,gdy ze skupieniem nachyla sie nad brzuchem i gada,mruczy,szepcze,wyznaje,obiecuje...A do mnie oprocz radosci i jakiegos uniesienia zaczyna docierac jak strasznie szybko pedzi czas....
wtorek, 01 wrzesień 2009, 09:28
Sarunia a moze masz racje?............................................................


Gdzies zgubilam to bezkrytyczne spojrzenie........Patrze i nie poznaje,slucham i uszom nie wierze...I juz nie wiem kto sie zmienil?A moze mama byla taka zawsze?A ja idealizowalam jej obraz?Z ojcem kontaktu nigdy dobrego nie mialam i chyba wyczarowalam w swojej glowie mame prawie idealna.....A przeciez nie ma idealow....Jestem zmeczona.....Czas zatrzymal sie w miejscu....Czekam na objawienie,czekam na uczucie,czekam na przeszlosc....Ale ona nie wroci....Ja jestem tu i teraz a mama zostala tam ....Zostala tam skad ja ucieklam i nie wyobrazam sobie powrotu....Dla niej to normalne zycie a dla mnie cos o czym nie chce pamietac...Owszem,boli...nie sadzilam ,ze kiedys bede zmeczona obecnoscia mojej mamy....Ale jestem....Odliczam,czekam....Chyba wole tesknic i wyobrazac sobie jak by to bylo?
Owszem...boli....Boli,ze odsuwamy sie z mama od siebie i mysle,ze ona  tez to wie i czuje....Ale nie potrafie,a moze nie chce na sile przywolac tego co bylo....Dobrze,ze bylo....nawet jesli istnialo tylko w mojej glowie.

Mamo,pomimo tego,ze jest tak a nie inaczej,pomimo tego,ze gdzies miedzy nami ciagle stoi cien taty,pomimo tego ze wsciekam sie na Ciebie,ze nie chcialas zyc inaczej.....Kocham Cie....
środa, 26 sierpień 2009, 08:48
Jutro bladym switem,bardzo bladym- musze wstac...Musze odebrac moja mame....Ktos czeka na okrzyk radosci?Nie bedzie....Nie odczuwam entuzjazmu choc sama ja prosilam,zeby przyjechala...Zaczynam odczuwac wyrzuty sumienia bo nie odczuwam entuzjazmu....Pytam sama siebie o co kaman? I mysle od dni paru i wyrzuty sumienia poglebiaja sie....Ona dzwoni,pyta co przywiezc,cieszy sie  a ja ...skala,kamien...
Mowie,zeby tylko siebie przywiozla a niedobry chochlik w glowie podszeptuje,ze moze zapomni wlasnie siebie....Najgorsze jest to,ze zdaje sobie sprawe z tego ze sie nie ciesze,ze z premedytacja o tym rozmyslam,ze mysle jak bardzo sie zaczne nudzic z nia po dwoch dniach...Boje sie tej wizyty....Boje sie,ze juz nie potrafie z nia rozmawiac jak kiedys.Boje sie,ze ona nie rozumie jak kiedys rozumiala...Zawiodlam sie w momencie gdy mialam kryzys z B. Czuje zal,ogromy,pulsujacy zal,ktory moze przerodzic sie w wybuch zlosci...A zawsze sobie obiecywalam ,ze NIGDY nie podniose glosu na moja mame...Choc czasem denerwuje ale to w koncu MAMA...Kiedys potrafilysmy gadac godzinami i milczec godzinami,czytac sobie najsmieszniejsze kawalki Chmielewskiej,rozwiazywac po nocach krzyzowki...A kiedy jej potrzebowalam,to ona nie stanela po mojej stronie...a tylko tego chcialam...Nie sadzilam,ze to tak gleboko we mnie jest....Ale od wtedy nie potrafie juz z nia rozmawiac...
Mama zawsze poddawala sie temu co jest,nie walczyla o siebie i nie walczyla o nas.Ojciec robil,wlasciwie robi z nia co chce...Ja powiedzialam DOSC!Nie potrafilam i nie potrafie zrozumiec jej postawy.A im jestem starsza,im dluzej mam swoja wlasna rodzine tym bardziej krytycznie patrze na nich,na nia...Kiedys pytalam dlaczego na to pozwala..teraz nie pytam,teraz nie oceniam,teraz chce za wszelka cene uniknac jej bledow a ona sie dziwi...A ona mi nie pomaga...Mam zal...I nie wiem czy bede potrafila jej to wyjasnic,nie wiem czy chce...Bo i tak to nic nie zmieni...Licze jeszcze na to ,ze radosc pojawi sie kiedy zobacze ja na stopniach autobusu....Bo jesli nie to kim sie stalam????
wtorek, 25 sierpień 2009, 16:10

Nawet pisac mi sie nie chce....Nic mi sie nie chce...A nie,jedno mi sie chce...Co niniejszym chyba uczynie...
Dobranoc ....ide spac!

piątek, 21 sierpień 2009, 07:30
Dzisiaj o 6:30 moje modly zostaly wysluchane i z nieba lunal rzesisty deszcz...Przyroda az westchnela z ulgi a ja razem z nia...Nieprzespana noc dala sie we znaki i mnie i B. ...Bladzi,z podkrazonymi oczami,z niezbornoscia ruchowa od switu juz na nogach...Okruszek wiercil sie cala noc, tez mu chyba bylo goraco...Nie dalo sie spac...Powietrze bylo tak geste,ze mozna bylo je dotknac...
Oddycham z ulga,oddycham gleboko,zalujac, ze nie da sie tego swiezego,rzeskiego powietrza na zapas nawdychac...

A w ogole to jestem zla...Jakas zaraza zjada mi moje kwiaty balkonowe,jedna fuksja ta najpiekniejsza juz prawie umarla,kolejne dwie z dnia na dzien wygladaja coraz gorzej,begonie juz nawet nie wygladaja,a niecierpki wygladaja jakby chcialy a nie mogly,surfinie nawet jakby mogly to nie maja co...pogubily wszystkie kwiaty....Horror!
Jakas wredota rzucila klatwe na moje kwiatenki ukochane....I przykro mi,ze umieraja,bo ja je lubie...Boje sie tylko,zeby to diabelstwo co je zabija do domowych nie dotarlo,bo jak padna moje storczyki przecudnej urody to naprawde chyba sie rozplacze...Tfu!Tfu!Na psa urok...O,a jesli chodzi o psa...Pan pies bunt uskutecznia,bo pada i on na dwor nie,on spi,on ma mocno zacisniete powieki i on chrapie...Trudno..wypije kawke w spokoju,nazbieram sil na nowy dzien..Oby byl chlodniejszy niz poprzednie....
środa, 19 sierpień 2009, 18:31
Polmetek....Zadziwiajace jak szybko  mija czas,przeciez dopiero przed chwila z niedowierzaniem patrzalam na testy ciazowe...
Patrze na siebie i widze jak sie zmieniam,patrze na mojego meza i widze,ze on tez...Sam z siebie zaczal czytac strefe dla taty w gazetach,ktore kupuje,a potem opowiada co i jak bedzie musial.Opowiada z takim ogniem w oczach o zabawach z synkiem,o uczeniu go,o wolnym czasie dla mnie kiedy on bedzie zajmowal sie dzieckiem.Mam nadzieje,ze ten ogien dlugo nie zgasnie a wrecz rozpali sie jeszcze wiekszym blaskiem...
Coraz czesciej zastanawiam sie jakimi bedziemy rodzicami?Jak bardzo zmieni sie nasze zycie?Czy damy rade?Ogarnia mnie strach,strach przed zmianami,przed nieznanym...A potem dotykam brzucha,delikatnie uciskam dach nad glowa naszego synka i czekam na jego odzew...I kiedy poczuje na swojej dloni jego dotyk to zaczynam wierzyc,ze tak,ze damy rade.W koncu milosc pokona wszystko prawda?A ja kocham mojego meza i synka jak nic na swiecie...i wiem,ze oni mnie tez....
Urlopu blaski i cienie ...Czesc II środa, 19 sierpień 2009, 09:07
Po przebytym horrorze kulinarnym postanowilismy sie wiecej nie zatrzymywac tylko gnac do celu....
Jasien na Kaszubach przywital nas sloneczna i bezwietrzna pogoda.Jezioro polozone kilka minut spacerkiem od domku zapraszalo do kapieli...Ale niestety plaza pozostawiala wiele do zyczenia...30 m² plazy niestrzezonej,upstrzonej sladami bytnosci turystow...Woda nawet dosc czysta,rybki bylo widac,wyskakiwaly sobie radosnie a jeszcze bardziej radosni byli wedkarze,ktorych bylo tam ho ho i jeszcze troche...Plywal tez samotny labadek...



Jako,ze maly glodek zrobil sie juz calkiem duzym glodem,postanowilismy cos zjesc.
Kierowani wechem udalismy sie do smazalni ryb...Zamowilismy pstraga...slina ciekla mi az do ziemi...spytajcie mojego psa czy byl dobry,bo mnie najbardziej z tej ryby smakowala  salatka z bialej kapusty.Dili nie narzekal,ze mu ryba mulem podjezdza wiec moze mnie sie smak spaczyl...Ja wiem ze ryby jeziorne i stawowe maja prawo blotkiem smakowac,ale zeby tylko blotkiem?
Jezioro swoj caly urok pokazalo wieczorem,usiedlismy na niby plazy i sluchalismy ciszy...Zaklocal te cisze momentami plusk...i to nie byla ryba..To byl nasz pies,ktory znalazl sobie swietna zabawe..Czyli jak pieknie jest wyskoczyc z wody,sypnac ludziom piachem po oczach i otrzepac sie przed nimi, po czym sto razy powtorzyc to samo.Mowiac ludzie mam na mysli siebie i B. bo bylismy sami nad jeziorem...na szczescie...Innym czlowiekom ta zabawa nie przypadla by do gustu...W ogole turystow w samym Jasieniu jak na lekarstwo,owszem kiedy jest cieplo to nad jeziorem ludzi troche jest,ale nie sa to jakies dzikie tlumy.Czesto sa to mieszkancy pobliskich mejscowosci,ktorzy nakupili ziemi,postawili domki i sie wczasuja..A ziemia tam smiesznie tania jest....Nawet ogladalismy dwie dzialki i zastanawiamy sie nad kupnem....Szkoda,ze nie sa nad samym jeziorem...Pieknie by bylo podziwiac zachod slonca z wlasnego tarasu...



Jasien,to mala miejscowosc na Kaszubach..miejscowosc to nawet za duzo powiedziane,wies to jest...posiada dwa sklepy,poczte czynna do 10 rano i wiejski dom kultury,jedna wspomniana smazalnie ryb. Jest tez cmentarz bardzo urokliwy i maly kosciolek bo jakby to bylo gdyby kosciola nie bylo...
Z obserwacji mych wynika,ze glowne zajecie mieszkancow (szczegolnie plci meskiej) to picie piwa oraz wina pod sklepem oraz spacerowanie bez celu i gapienie sie na turystow(ktorych niewielu jak wspominalam wiec i gapienia malo).Mlode chlopy wydawalo by sie w pelni sil a na rentach,dorabiaja zbieraniem jagod,grzybow,lowieniem ryb...A wiekszosc nie dorabia niczym bo i po co?Na piwko starcza to zle nie jest...
W okolicy sa przecudne lasy...Tak czystych lasow jak tam to nawet w Niemcach nie maja.Zdawalo sie,ze ktos z odkurzaczem po nich chodzi i sprzata.Najmniejsza nawet galazka nie lezala,spacery po takim lesie to czysta rozkosz a i strachu brak o lapy psa,ktory biegal jak szalony i nawet na jedno szkielko sie nie nadzial.W lasach tych jagody jak bomby,na krzakach siegajacych kolan-nawet sie schylac bardzo nie trzeba bylo,zbieranie -sama przyjemnosc.Grzybow nie bylo za duzo ale jakies kurki,prawdziwki,kozaki i rydze mam.Jagod sporo calkiem i musze przyznac,ze buleczka z jagodami wlasnego wypieku to miod w gebie. Dla B. relaksem byly ciche ,wieczorne godziny na pomoscie z wedka w reku,co zlapal to wypuscil na moja prosbe...Ja wole morskie ryby,a zlowic,zabic,nie zjesc i wyrzucic-to nie my....
Jasien byl dla nas tylko noclegownia,glownie czas spedzalismy na zwiedzaniu okolic blizszych i dalszych. I tak jezdzac tu i owdzie trafilismy do....
Urlopu blaski i cienie....Czesc I poniedziałek, 17 sierpień 2009, 10:48
Wyjechalismy pozna noca,rzeskie nocne powietrze,pyszne kanapki pod reka,termos z kawa,ulubiona muzyka na plycie,adres docelowy wklepany w nawigacje...RUSZAMY!!
Pusta autostrada mknelismy przed siebie,cieszac sie jak dzieci i planujac co my to nie bedziemy robic i jak cudnie i pieknie bedzie.Radosny nastroj oczekiwania na to co bedzie przerywaly jedynie dosc czeste postoje na moje siq...Nawet pies tyle nie wychodzil na sikanie podczas tej podrozy co ja..I niech zaluje...Bo gdzies pod Berlinem nastal wschod slonca....B. spal,Dili spal a ja stalam i podziwialam...Na szczescie przypomnialo mi sie,ze posiadam aparat i uwiecznilam ten pierwszy urlopowy wschod slonca....Dech w piersi zapieraly szalenstwa kolorow,wschodzace slonce robilo wszystko co moglo by ten dzien,tak wczesnie rozpoczety byl jak najcudowniejszy....




Po nasyceniu oczu tym pieknym widokiem pojechalismy dalej...Po kilku godzinach przekroczylismy granice...Co niestety dalo sie odczuc. Pomijam fakt,ze droga byla robiona przez wielbicieli sera z dziurami ale niestety kultura kierowcow pozostawia wiele do zyczenia,jeszcze wiecej do zyczenia pozostawia stan ubikacji,ktore odwiedzilam po drodze..FUJ!!!FUJ!!!i jeszcze raz FUJ!!!!
Pedzilismy sobie niezrazeni tymi przeszkodami bo przeciez URLOP!!Czeka na nas las,ryby i grzyby i jagody i morze i jezioro!!W koncu jednak maly glod zmusil nas do postoju....
I tak oto zatrzymalismy sie w SIANOWIE...W malym przydroznym zajezdzie,wygladajacym na dosc mily zajazd...Szkoda,ze nie zapamietalam nazwy....Doprawdy szkoda...Zajelismy miejsca,dwie kelnerki spojrzaly na nas leniwie,po czym jedna spytala:
- Panstwo chcecie cos zamowic??
Zdziwienie i pretensja w jej glosie -bezcenne.
Panstwo spojrzalo na siebie,nie wybuchlo smiechem choc chcialo i oswiadczylo,ze i owszem...
Podeszla wiec do nas owa pani kelnerka...Jeden rzut oka na nia,potem spojrzelismy po sobie i zlozylismy zamowienie:
- Cola i Fanta.... W BUTELCE!!
Kelnerka owa miala na sobie spodenki czarne,klapki z odslonietymi(niestety) palcami i bluzke..napisalabym,ze biala..ale sklamalabym...Biala to ona byla moze, miesiac temu,moze dwa....Ale na pewno nie teraz i nie dzisiaj..Braklo tez chyba wody i mydla w okolicy a przynajmniej na to wskazywal stan rak i nog tej pani...e tam pani!Mlodej dziewczyny,co bylo jeszcze bardziej przerazajce....Czy musze mowic,ze maly glod wygral te runde??Uciekalismy stamtad az sie kurzylo...Sila powstrzymalam sie aby do ludzi wysiadajacych na parkingu nie krzyknac:
- Niech panstwo tam nie wchodza!!!!!
Ale pomyslalam,ze kurde tyle kilometrow przejechali(wnosze po nr.rejestracyjnych) niech tez cos maja z wycieczki...Wrazenie po prostu nie do opisania,nie bede ludziom zalowac...

Jednego tylko pojac nie moge..Dlaczego nie mozna bylo do srodka wejsc z psem???On naprawde ma czystsze nogi i rece niz ta pani... Nawet oddech ma chyba swiezszy...
CDN...
poniedziałek, 17 sierpień 2009, 09:17
A otoz i wrocilam...Czy wypoczeta?Nie wiem...Caly zapas energii diabli wzieli podczas drogi powrotnej..korki,wypadki,przymusowe postoje w pelnym sloncu-chwala czlowiekowi,ktory wymyslil klimatyzacje...
Plan urlopowy wypelniony,a wiec byly rybki ,a wiec byly grzybki oraz jagody i spacery ,i lowienie ryb, i zwiedzanie okolic dalszych i blizszych.
Caly pobyt ogolnie uwazam za udany. Pogoda dopisala,nie bylo upalu troszke popadalo ale przynajmniej mialam sily. Kilometrow wydreptalam setki chyba...Nosi mnie,zeby opisac pare miejsc,ktore odwiedzilismy.Nie opisac jak w przewodniku ale opisac wrazenia...Chyba sie skusze,choc tak w wielkim skrocie...Przemysle to...Na razie popijam kawke-bo najlepiej smakuje ta moja wlasna, we wlasnej filizance...Wszedzie dobrze ale w domu najlepiej....
sobota, 08 sierpień 2009, 08:20
Poranna porannosc,powietrza rzeskosc,lagodne swiatlo sloneczne i jeszcze sie cos chce...Na razie pije herbatke i wlaczam sie do ruchu...Ciezka noc za mna,upalna,duszna,koszmarnych snow pelna,przewracaniem sie z boku na bok wypelniona...Plany sobotnie w glowie wiruja bo przeciez dzis w nocy wyjedzamy..Dzis w nocy...WYJEZDZAMY!!...Nie wiem czy nie uwierze w to dopiero jak na miejscu bede...
A dzis jeszcze tylko male pranko,prasowanko,pakowanko,sprzatanko...Tak,sprzatanko.Nie cierpie zostawiac nie wysprzatanego domu gdy gdzies jedziemy.Lubie po powrocie wejsc i nie myslec,ze musze umyc naczynia,podloge,rzeczy porozrzucane pozbierac...Nosi mnie i gdyby nie to,ze pan maz spi juz bym sie za sprzatanie jakie wziela...ale na razie cisza i spokoj wokol mnie i we mnie...I oby trwalo...oby nikt nie burzyl tego spokoju lagodnego,ktory mnie ogarnal...Tak mi z nim dobrze...Chyba sie z nim zaprzyjaznie...

Zobacz serwisy INTERIA.PL